środa, 28 września 2016

Słowo, Którego Nie Wolno Używać

Hermes zawsze cieszy się na mój widok. Tuli się, mruczy, ociera się nastroszonym ogonem. Kiedy wychodzę z domu, miauczy pod drzwiami. Właśnie dla takich chwil został sprowadzony do mojego domu – żebym nie była już smutna, że jestem sama. Sęk w tym, że czasem nadal tak czuję.

            To jeden z najtrudniejszych dla mnie tematów. Tym bardziej, że w pewnym sensie czuję, że nie mam prawa mówić o mojej samotności. Bo i czemu? Mam wspaniałego chłopaka, mam znajomych, z którymi piszę niemal codziennie i widuję się dosyć często. Mam osoby, którym się zwierzam, mam najwspanialszą mamę na świecie, mam rodzinę, która mnie kocha oraz mam tę puchatą kulkę, która czasem mnie gryzie, ale ogólnie to ma do mnie pozytywne nastawienie. Jak, w takim razie, mam czelność mówić, że jestem samotna? Otóż, samotność to nie to samo, co bycie samym. Nie jestem sama, nigdy nie byłam i podejrzewam, że nigdy nie będę – chociażby z tego powodu, że mój Mężczyzna planuje ze mną kanadyjskie życie po ślubie. Jednak, mimo tego, w głębi nadal czuję, że coś jest nie tak.
            Od długiego czasu boję się powiedzieć o kimś, że jest moim przyjacielem. Kiedyś nazywałam tak ludzi, jednak każde z nich mnie zostawiło. Kontakt się urywał, ktoś zawodził, okazywał się nielojalny, albo wybierał kogoś innego, zamiast mnie. Od zawsze czułam się jak „drugi wybór”. Nigdy dla nikogo nie byłam tym kimś wyjątkowym, o kim się pamięta, do kogo najpierw się dzwoni.
            Obecnie jestem zakochana po uszy. Ja jestem jego, a on mój. Trafiłam na wyjątkowego nerda, z którym mogę zarówno iść na siłownię albo pograć w tenisa stołowego, iść do muzeum, grać na konsoli, albo po prostu siedzieć dwie godziny w dziale z komiksami i czytać. Nie nudzę się, ani nie narzekam. Ukochany mnie wspiera, pamięta o mnie, jest zawsze, kiedy czuję się opuszczona. Jednak wszyscy dobrze wiemy, że poza wspaniałym partnerem, w życiu potrzeba jeszcze chwil na inne rzeczy. Potrzeba czasu na rozwój samego siebie, swoich pasji i zainteresowań, ale także potrzeba czasu dla znajomych. Na babskie wyjście, na piwo z kumplami, na wieczornego drinka, albo bieganie za Pokemonami.
            Zaraz po ukończeniu studiów miałam głowę pełną optymizmu. Zacznę prowadzić dorosłe życie, pracować i spotykać się z ludźmi. Wszystko skończyło się w mojej głowie. Dobrze wiecie jak wyglądała sytuacja z poszukiwaniem pracy (uwaga, uwaga, już pracuję! Gratulacje proszę pisać w komentarzach!). Okazało się także, że wszystkim wkoło brakuje czasu na jakiekolwiek spotkania towarzyskie. To zabolało. Zabolało podwójnie. Dlaczego podwójnie?
            Otóż, na studiach udało znaleźć mi się ludzi, których… obchodziłam. Po prostu, obchodziłam. Pisałam już w jednej z poprzednich notek o osobie, która otworzyła mnie na kontakt z ludźmi, która nauczyła mnie nie bać się rozmów telefonicznych. Pamiętam, jak kiedyś tej osobie zrobiło się przykro, kiedy powiedziałam, że nie mogę nazwać jej przyjaciółką. Nie chodziło mi o to, że czuję przyjaźni, chodziło mi o to, że jeżeli tak ją nazwę, to na pewno za chwile zniknie z mojego życia. Przecież zawsze tak było, prawda?
            Zrozumiała i została. A z nią inni. Interesowali się, pisali, dzwonili, zapraszali. W międzyczasie odnowiły się dawne kontakty, wszystko układało się wspaniale. I nagle, kiedy staliśmy się absolwentami, wszystko się posypało. Zostałam sama. Płakałam, siedząc sama w domu. Nocą, przykryta kołdrą, próbując zająć głowę vlogami na YouTube albo jakąś książką, powstrzymywałam kolejne łzy. Ale leciały i leciały. Piotruś przyjechał najszybciej, jak mógł, ale niewiele był w stanie zrobić.
            Aż przyszedł wrzesień.  Początek miesiąca przyniósł ze sobą zaproszenie na spotkanie ze znajomymi. Z przyjaciółkami. W momencie, w którym weszłam do pomieszczenia wiedziałam, że będzie dobrze. Nie było żadnego stresu, żadnej niezręczności czy braku tematu do rozmowy. Poczułam się lepiej. O wiele lepiej. Dostałam rozwiązanie na wszystkie problemy, otrzymałam dobre rady, prawie bez przerwy się śmiałam, opowiadałam, piłam, jadłam – po prostu czułam się dobrze. Kilka dni później jedna z tych przyjaciółek, które kiedyś zawiodły, okazała się pomocna. Przejęła się moją sytuacją i od tego momentu nie ustaje w utrzymywaniu kontaktu (nie tylko tego wirtualnego).
            Zrozumiałam, że nie muszę się bać. Kiedyś to zawsze ja walczyłam o kontakt z kimś, a inni mieli to głęboko w dupie. W pewnym momencie przestałam się starać. Miałam dość, nie chciałam więcej czuć się jak szczeniaczek, który lata za kimś z uśmiechniętym pyszczkiem. Chciałam się poczuć silniejsza, lepsza. Chciałam unieść się ponad to wszystko. To poskutkowało zerwaniem kilku znajomości. Ludzie po prostu nie walczyli. Ja trochę odpuściłam, oni odpuścili jeszcze bardziej. Aż w końcu znalazły się osoby, które nie odpuściły. Z którymi nawet ja nie musiałam odpuszczać. Osoby, które wiele dla mnie znaczą. Moi przyjaciele.
            Żyjcie, odkrywajcie, radujcie się. Wasza Karolina (i Hermes, patrzący przez ramię).

wtorek, 2 sierpnia 2016

"Dziewczynka w końcu stała się nikim"

Jakiś miesiąc przed zakończeniem studiów przez głowę przeszło mi wielkie „FUCK”. Uderzyło znienacka i zmieliło moje wnętrzności.  Do dziś czasem znów atakuje. Dlaczego? Bo stałam się poszukiwaczem. Poszukiwaczem pracy.

Okres na wrzucanie zdjęć z dnia obrony magisterskiej (i licencjackiej) dobiegł końca. Przez kilka tygodni moja tablica na Facebooku była zawalona takimi zdjęciami. Wszyscy chwalili się swoim sukcesem, z uśmiechami trzymali egzemplarze prac magisterskich. A potem zaczęły do mnie napływać wiadomości o tym, że ktoś dostał pracę. Że ktoś rozpoczyna staż. Że zarabia tyle i tyle. A ja? A ja zaczęłam przesiadywać po kilka godzin w Bibliotece Manhattan, w dziale z komiksami, gdzie między półkami można znaleźć szczęście. Moje ma na imię Piotruś. Ale nie o nim dzisiaj.
            Kilka lat temu jedna z moich znajomych powiedziała: „Gardzę ludźmi bezrobotnymi. Przecież jest tyle pracy, że jeśli ktoś chce, to znajdzie coś dla siebie”. Pamiętam, że zgromiłam ją spojrzeniem i zaczęłam zastanawiać się czy istnieje jakikolwiek sens tłumaczenia jej dlaczego się myli. Podejrzewam, że teraz bym to zrobiła. Bo po prostu miałabym dość presji.
            Zapewne przeczytają to osoby, które zgodziły by się z ową znajomą. No tak, przecież McDonald’s zawsze cię przyjmie, człowieku. Znam to, pracowałam tam, nie wrócę. Ktoś mógłby powiedzieć, że jestem jakąś księżniczką, która boi się ciężkiej pracy. Ktoś mógłby powiedzieć, że jeśli bronię się rękoma i nogami od pracy w handlu, to jestem rozpieszczona. Proszę bardzo, powiedzcie to. Nie zmienię swojego zdania. Dlaczego? Bo mam do siebie szacunek.
            Chwila, stop. Ani przez myśl mi nie przeszło, żeby powiedzieć, że osoby pracujące w handlu albo gastronomii (wiecie o czym mówię – o tych miejscach, które powszechnie uważa się za stosujące ładnie opakowane niewolnictwo) nie mają do siebie szacunku. Wręcz przeciwnie. Podziwiam osoby, które zapierniczają (tak, to dobre słowo, chociaż przydałby się i wulgaryzm) po naście godzin za marne pieniądze, bo chcą utrzymać rodzinę albo wyjść na prostą i wyprowadzić się od rodziców. Naprawdę, podziwiam Was, jesteście wielcy. Tylko, że ja nie chcę tak żyć. Nie chcę mieć pracy, na którą będę codziennie narzekać. Nie chcę budzić się z ogromnym strachem, że za chwilę znajdę się w miejscu, którego się boję. Nie chcę spędzić chociaż dnia więcej w takim miejscu (piszę „dnia więcej” bo już w takich miejscach zdarzało mi się pracować). Chcę robić coś, co sprawi mi przyjemność nawet wtedy, kiedy będę totalnie zmęczona po całym dniu pracy. Chcę robić coś, co nie wywoła w moim żołądku średniowiecznej bitwy. A tym samym pozostałam w (oby chwilowym) impasie: skończyłam studia i nie mam pracy.
            Początkowo byłam załamana. „Początkowo” to niedopowiedzenie. Przez długi czas byłam załamana. Bałam się, że nic nie znajdę. Poszukiwania rozpoczęłam już przed skończeniem studiów. Niestety, nie mam zbyt wielkiego doświadczenia, więc nikt nie chciał mnie zatrudnić. Na bezpłatne staże nie chciałam się zgodzić. Nie chciałam się na nie zgodzić także podczas studiów. Ktoś kiedyś powiedział mi i moim znajomym, że bezpłatne staże są jak najbardziej w porządku i że pozwalają nam zdobyć doświadczenie i nie powinniśmy narzekać, tylko zacisnąć zęby i pracować. Otóż: nie. Taka praca za darmo nie jest w porządku. Praca za darmo może być w porządku, jeśli komuś pomagasz. Albo jeśli traktujesz to jak zwykły rozwój. Jeśli sprawia ci to frajdę. Jeśli masz z tego jakieś wspaniałe profity, w postaci – na przykład – wyjazdów, atrakcji. Ale praca za darmo, kiedy potrzebujesz pieniędzy, ponieważ bez nich nie jesteś w stanie kupić sobie jedzenia? Nie, to nie jest w porządku. Więc nie, dziękuję. Nie będę wydawać pieniędzy na dojazdy i jeździć półtorej godziny do pracy, żeby odwalić za was robotę, w zamian za „umowa o pracę po zakończeniu stażu dla najlepszych”.
            I tak, buntując się przeciwko czemuś, co ktoś inny uznałby za normalny stan rzeczy, pozostałam bez pracy. Kto wie, może pozostałam bez niej właśnie z powodu tego buntu. Tak czy inaczej, doprowadziło mnie to w końcu do uczucia przerażenia. Co rusz ktoś inny z moich znajomych chwalił mi się, że dostał pracę. A ja wysyłałam CV, chodziłam na rozmowy kwalifikacyjne i nic ponad to. Zaczęłam się podłamywać. Czułam się bezwartościowa, odczuwałam wstyd. Zaczęłam myśleć, że to coś okropnego, że nie jestem w stanie spojrzeć w oczy tym wszystkim, którzy pracę zdobyli. Naprawdę wstydziłam się tego, że nie mam prac i bałam się do tego przyznać. Aż pewnego dnia powiedziałam: „ej, Karolina, stój”. Nagle uderzyło mnie, to wcale nic złego. Dlaczego mam wstydzić się tego, że szukam pracy? Dlaczego mam się gnębić tym, że jeszcze jej nie znalazłam? To wcale nie jest takie proste. Ludzie z większym doświadczeniem mają problem (Chyba, że jesteś programistą, hehe – powiedziała głosem typowego Janusza).
            Dlatego wszem i wobec ogłaszam: Mam na imię Karolina, jestem po studiach i nie mam pacy. Szukam jej, odpowiadam na ogłoszenia i jak najlepiej przygotowuję się do rozmów kwalifikacyjnych. Niestety, jak dotąd nikt mną się nie zainteresował. I wiecie co? Trudno, dopiero zaczynam. Jeszcze wszystko przede mną.
            Jeśli ty też szukasz właśnie pracy i nie możesz jej znaleźć, jeśli ty też czujesz się źle, bo boisz się przyszłości, albo jeśli pracujesz w miejscu, którego nie znosisz, to mam dla ciebie radę: spójrz w lustro i powiedz do swojego odbicia: lubię cię, wspieram cię i na pewno w końcu nam się ułoży. A potem zrób wszystko, żebyś był szczęśliwy. Just let it go.
            Żyjcie, odkrywajcie, radujcie się. Wasza Karolina (i Hermes, patrzący przez ramię).

wtorek, 28 czerwca 2016

Boję się, wiesz?

„Ty czujesz ten strach. Czujesz jak działa na twoje zmysły, jak twoje ciało na niego reaguje. Ale jesteś odważna i jesteś w stanie to przełamać. Umiesz sobie radzić z konsekwencjami. Twój strach Cię nie hamuje, jest po prostu wyzwaniem.”

            Powyższe słowa usłyszałam kiedyś od jednej z najbliższych mi osób. W tamtym momencie nie miałam wątpliwości, że to, co powiedział ten ktoś, jest prawdą. Może brzmi to egoistycznie (w tym momencie zza roku wyskakuje Dawkins i krzyczy, że przecież wszyscy jesteśmy egoistami), ale zdawałam sobie wtedy sprawę, że trafił mi się wyjątkowy dar. Potrafiłam panować nad strachem na tyle, żeby nie dać się mu obezwładnić. Było to coś, co pomogło mi przetrwać te wszystkie lata. Nie mam co do tego wątpliwości. Dlaczego? Ponieważ boję się codziennie. Boję się rozmów telefonicznych, boję się, że śmieją się ze mnie w tramwaju, boję się odezwać na zajęciach, boję się, że coś mi się nie uda, boję się przyszłości, boję się zmian… Codziennie muszę radzić sobie z moimi lękami. Codziennie od nowa.
            Obecnie boję się ogromnie. Jakiś czas temu mój strach osiągnął taki poziom, że nie potrafiłam nad nim zapanować. Zaczęłam pozwalać mu sobą zawładnąć. Zaczęłam pozwalać na emocje, których nie chciałam. Stało się tak dlatego, że w moim życiu miało miejsce niezwykłe wydarzenie, którego nigdy wcześniej nie doświadczyłam. Zakochałam się ze wzajemnością. Pozwoliłam temu kogoś wejść do środka i tym samym stałam się wrażliwa. Wrażliwa na tę osobę, wrażliwa na otoczenie.
            To wszystko zaczęło się już jakiś czas temu. Zanim poznałam tego Kogoś, poznałam kogoś innego. Dziewczynę, którą z całą świadomością mogę nazwać mianem, którego już od dawna nie używam. Mogę ją nazwać swoją przyjaciółką. W tym momencie, kiedy to piszę, ogarnia mnie strach. Za każdym razem, kiedy tak kogoś nazywałam, ten ktoś odchodził z mojego życia. W końcu przestałam używać słowa „przyjaciel”. Jednak tym razem postanowiłam zaryzykować. Dlatego, że ta osoba otworzyła mnie na nowe. Dzięki niej mój strach przed rozmowami telefonicznymi zdecydowanie zmalał. Dzięki niej poczułam coś bardzo dziwnego: poczułam zainteresowanie kierowane w moim kierunku. I wcale nie pochodziło ono od mojej mamy. Poczułam się potrzebna, poczułam się mądra, zabawna. Czuję się tak dzięki tej osobie do dziś.
            A potem poznałam Jego. Przystojnego i porąbanego. Zabawnego i mądrego. I pokochał mnie. Pokochał mnie, jako pierwszy. To było szybkie, to było jednocześnie przerażające i ekscytujące. W mojej głowie kotłowały się tysiące myśli: a co, jeśli zrobię coś nie tak?  a co, jeśli on też mnie zostawi? a co, jeśli ja go nie pokocham? Stało się. Pokochałam go. Zaczęłam się otwierać i nagle… z mojej duszy wyleciało wszystko, co w niej siedziało. Wcale nie było to nic dobrego. Światło dziennie ujrzały demony, które przez długi czas trzymałam na łańcuchu. Spotkałam się z nimi twarzą w twarz. Spanikowałam, skuliłam się  i pozwoliłam sobą zawładnąć. Mieszały mi w głowie, ciągle podpowiadając, że powinnam się bać. Postanowiłam, że poradzę sobie sama. Przecież zawsze tak robiłam, prawda? Jednak tym razem było inaczej. Tym razem nic ich nie powstrzymywało przed dotknięciem mnie i mojego umysłu. Tym razem byłam tylko ja. Naga, bez żadnej warowni, nawet bez żadnej zbroi. Najgorsze było to, że On też się bał. I tak zostaliśmy tacy przerażeni, nie mogąc sobie poradzić. Pozwoliliśmy by zawładnęły nami emocje. A ja pozwoliłam sobie na opuszczenie tarczy.
            W końcu powiedziałam, że wystarczy. Nie wzniosłam jednak na nowo murów, nie kazałam mu też odejść. Po prostu stanęłam prosto. Kiedyś miałam taki sen, że idę naga przez całe miasto, w którym mieszka moja babcia. W jakimś internetowym senniku przeczytałam, że oznacza to, że jestem pewna siebie. Tak właśnie zaczęła wyglądać walka z moim strachem: ja naga, stojąca prosto, a naprzeciwko mnie potężny strach. Minusem takiej walki jest to, że wszystko przyjmujesz na klatę. Żadnej ochrony, żadnych zabezpieczeń. Wszystko w ciebie wsiąka, wszystko musisz przetrawić i ze wszystkim sobie poradzić. Ból jest ogromny, oszałamiający. Jeśli akurat kończysz studia, to zaczyna się robić jeszcze trudniej. Stres cię pożera. Ale walczysz. I ja walczę. Do dzisiaj.
            Piszę to wszystko po to, żebyście wiedzieli, że warto. Po prostu: warto. Jeśli właśnie w tym momencie myślałeś bądź myślałaś, że czas się poddać, to przemyśl to jeszcze raz.
            A na podsumowanie, najważniejsza rzecz: nie ma nic złego w byciu słabym, nie ma nic złego w odczuwaniu strachu, nie ma nic złego w okazywaniu strachu i nie ma nic złego w przyznawaniu się do strachu. Łzy nie są oznaką słabości, nie trzeba ich ukrywać. Strach nie jest powodem do wycofania się, nie musisz ukrywać się przed ludźmi. Nie ma nic złego w poproszeniu o pomoc. Obojętnie czy zwrócisz się do specjalisty, czy po prostu do kogoś bliskiego. Wręcz przeciwnie, potrzeba wielkiej siły i odwagi, żeby przyznać się do tego, że się boimy. Żeby stanąć nago przed swoimi demonami. Nie potrzebujesz zbroi, żeby je pokonać. Nie potrzebujesz wysokiego muru, żeby nie dopuścić do siebie złych rzeczy. Jesteś wystarczająco silny i silna, żeby je przetrwać z podniesionym czołem. Jeśli uważasz, że nie, to nie krępuj się, napisz do mnie, zadzwoń – podobno umiem dobrze przytulać.
            Żyjcie, odkrywajcie, radujcie się. Wasza Karolina (i Hermes, patrzący przez ramię).

piątek, 29 stycznia 2016

Chybił-trafił



Oh my God, look at that face. You look like my next mistake.
-Taylor Swift

            Chyba w życiu każdego z nas przychodzi taki moment, w którym musimy dopuścić do siebie bardzo ważną, jednak ogromnie trudną do zaakceptowania, myśl: osoba, w której się zakochaliśmy nie musi być osobą dla nas odpowiednią. Ja w takiej sytuacji zostałam postawiona przez życie czterokrotnie. Miłość przychodzi mi łatwo. Zakochuję się codziennie. W ludziach, w uśmiechach, w przyrodzie, w muzyce, w serialu, w aktorach, w przypadkowo spotkanych osobach w tramwaju… Nie zawsze jest to miłość wieczna, miłość silna. Jednak istnieje wiele rodzajów miłości, prawda?
            Jeśli chodzi o miłość, o miłość romantyczną, o miłość na całe życie – ona ogarnia mnie trochę dłużej, niż uczucia wspomniane wyżej. Ona potrzebuje czasu. Zwykle przychodzi niespodziewane, zwykle obdarzam ją kogoś, o kim wcześniej bym nie pomyślała. I wtedy cały mój świat wali się, ponieważ jakoś tam mam, że zakochuję się w nieodpowiednich ludziach. Ostatnim razem już myślałam, że w końcu trafiłam w dziesiątkę. Wyobrażałam sobie, że złapałam Pana Boga za nogi. Nie dość, że w końcu mam kota, to nagle, za następnym zakrętem, pojawiła się miłość mojego życia. Niespodziewanie, silnie, inaczej, niż przy poprzednich razach. Szalona, niezrozumiała, spełniona. To wszystko trwało bardzo krótko, a upadek był bolesny. Zaczęłam – jak to ja – analizować całą sytuację. Przecież byliśmy idealną parą, przecież tak dobrze się uzupełnialiśmy, przecież tak dobrze nam było ze sobą. Czego zabrakło? Być może odwagi, być może odpowiedniego momentu, albo to, po prostu, nie było T O.
            W tym momencie muszę się do czegoś przyznać. Powiedzenie komuś „to nie TO” jest tak… słabe (ok., użyję tego słowa, ponieważ nie potrafię znaleźć lepszego określenia). Dodajcie do tego jeszcze „zostańmy przyjaciółmi” a wpadniecie we wspaniały schemat. Jednak cóż, muszę przyznać, że czasami to naprawdę nie jest to słynne „to”. Coś nie pasuje, chociaż nie wiadomo co. Coś nie pozwala powiedzieć „kocham cię”, chociaż nie wiadomo co. Być może ja też, za jakiś czas, powiem komuś „to nie jest to” i w środku zapłaczę nad tym frazesem.
            Jednak, jak dotąd, za każdym razem mówiłam „to jest to, to jest to, dlaczego nie widzisz, że to jest to”. Nie, Karolina, to nie jest to. Nigdy tym nie było i nigdy nie będzie. Oni nie byli dla ciebie, ty nie byłaś dla nich. Ten nie wiedział czego chce, ta przestała się odzywać, ten zniknął bez słowa, a tamta wpędziła cię w największe kompleksy, jakie miałaś i sprawiła, że boisz się ludzi jeszcze bardziej, niż w przeszłości. Z czasem zobaczysz, że nie byli dla ciebie odpowiedni. Potem pokochasz kolejną osobę i znów pomyślisz, że, w porównaniu z tamtymi uczuciami, to jest czymś większym. To jest TO.
            Czytaliście „50 twarzy Greya”? Nie udawajcie, na pewno albo czytaliście, albo oglądaliście film, albo wiecie o tym wystarczająco wiele. Szara myszka zakochuje się w mężczyźnie idealnym. Idealnie beznadziejnym. Facet znęca się psychicznie i fizycznie nad zakochaną w nim kobietą, nie potrafi funkcjonować w społeczeństwie, jest samolubny i niebezpieczny. Ale, oczywiście, miłość Anastasii ma leczniczą moc i Mr. Grey zmienia się z potwora w idealnego, niczym jego szare garnitury.
            Nie. Po prostu: nie. Jeśli kogoś kochasz, to nic nie zmienia. Oczywiście, byłoby niezmiernie niesamowicie jeśli fakt, że darzysz kogoś miłością jest wystarczający. Jednak tak się nie dzieje. Potwór nie stanie się puchatym kotkiem tylko dlatego, że jesteś przy nim. Owszem, w twoich oczach będzie największą kulką ciepła, jaką znasz. I będziesz przymykać oko na wszystkie krzywdy, które ci wyrządzi. Jednak dopóki sam się nie zmieni, to ty tego nie zrobisz. Pewnie, możesz pomóc, ale czy warto? Miłość i drugi człowiek to bardzo ważne sprawy. Jednak najważniejsza jest miłość do samego siebie. Dbajcie o siebie, nie dajcie się wkręcić w nie swoją walkę. Nie wykrwawiajcie się dla kogoś innego, jeśli ten ktoś nie przyjąłby nawet lekkiego uderzenia, z myślą o was. Nie dajcie się zabić dla kogoś. Jeśli już, to zabijcie.
            Dzisiaj bardzo krótko. Sprawa jest bardzo prosta. Jeśli kogoś kochacie, to nie oznacza, że ta osoba jest dla was odpowiednia. Niekiedy dlatego, że nie odwzajemnia waszej miłości. Niekiedy dlatego, że was krzywdzi. Uświadomienie sobie, że zakochaliście się w kimś niewłaściwym i musicie odpuścić jest chyba najtrudniejszą rzeczą na świecie. Jednak nie bójcie się, znajdźcie w sobie siłę, nie obawiajcie się poprosić o pomoc, słuchajcie przyjaciół, analizujcie ich zastrzeżenia wobec waszych obiektów uczuć, postępujcie rozważnie (jak najbardziej się da), ale – przede wszystkim – nie obawiajcie się samotności. To, że znów zostaniecie z pustką w sercu nie znaczy, że tak będzie już zawsze. Poza tym, nie musicie wypełniać tej pustki drugą osobą. Wypełnijcie to radością, którą będziecie czerpać z czegoś innego. Wypełnijcie to miłością do samych siebie.
            Żyjcie, odkrywajcie, radujcie się. Wasza Karolina (i Hermes, patrzący przez ramię).