wtorek, 2 sierpnia 2016

"Dziewczynka w końcu stała się nikim"

Jakiś miesiąc przed zakończeniem studiów przez głowę przeszło mi wielkie „FUCK”. Uderzyło znienacka i zmieliło moje wnętrzności.  Do dziś czasem znów atakuje. Dlaczego? Bo stałam się poszukiwaczem. Poszukiwaczem pracy.

Okres na wrzucanie zdjęć z dnia obrony magisterskiej (i licencjackiej) dobiegł końca. Przez kilka tygodni moja tablica na Facebooku była zawalona takimi zdjęciami. Wszyscy chwalili się swoim sukcesem, z uśmiechami trzymali egzemplarze prac magisterskich. A potem zaczęły do mnie napływać wiadomości o tym, że ktoś dostał pracę. Że ktoś rozpoczyna staż. Że zarabia tyle i tyle. A ja? A ja zaczęłam przesiadywać po kilka godzin w Bibliotece Manhattan, w dziale z komiksami, gdzie między półkami można znaleźć szczęście. Moje ma na imię Piotruś. Ale nie o nim dzisiaj.
            Kilka lat temu jedna z moich znajomych powiedziała: „Gardzę ludźmi bezrobotnymi. Przecież jest tyle pracy, że jeśli ktoś chce, to znajdzie coś dla siebie”. Pamiętam, że zgromiłam ją spojrzeniem i zaczęłam zastanawiać się czy istnieje jakikolwiek sens tłumaczenia jej dlaczego się myli. Podejrzewam, że teraz bym to zrobiła. Bo po prostu miałabym dość presji.
            Zapewne przeczytają to osoby, które zgodziły by się z ową znajomą. No tak, przecież McDonald’s zawsze cię przyjmie, człowieku. Znam to, pracowałam tam, nie wrócę. Ktoś mógłby powiedzieć, że jestem jakąś księżniczką, która boi się ciężkiej pracy. Ktoś mógłby powiedzieć, że jeśli bronię się rękoma i nogami od pracy w handlu, to jestem rozpieszczona. Proszę bardzo, powiedzcie to. Nie zmienię swojego zdania. Dlaczego? Bo mam do siebie szacunek.
            Chwila, stop. Ani przez myśl mi nie przeszło, żeby powiedzieć, że osoby pracujące w handlu albo gastronomii (wiecie o czym mówię – o tych miejscach, które powszechnie uważa się za stosujące ładnie opakowane niewolnictwo) nie mają do siebie szacunku. Wręcz przeciwnie. Podziwiam osoby, które zapierniczają (tak, to dobre słowo, chociaż przydałby się i wulgaryzm) po naście godzin za marne pieniądze, bo chcą utrzymać rodzinę albo wyjść na prostą i wyprowadzić się od rodziców. Naprawdę, podziwiam Was, jesteście wielcy. Tylko, że ja nie chcę tak żyć. Nie chcę mieć pracy, na którą będę codziennie narzekać. Nie chcę budzić się z ogromnym strachem, że za chwilę znajdę się w miejscu, którego się boję. Nie chcę spędzić chociaż dnia więcej w takim miejscu (piszę „dnia więcej” bo już w takich miejscach zdarzało mi się pracować). Chcę robić coś, co sprawi mi przyjemność nawet wtedy, kiedy będę totalnie zmęczona po całym dniu pracy. Chcę robić coś, co nie wywoła w moim żołądku średniowiecznej bitwy. A tym samym pozostałam w (oby chwilowym) impasie: skończyłam studia i nie mam pracy.
            Początkowo byłam załamana. „Początkowo” to niedopowiedzenie. Przez długi czas byłam załamana. Bałam się, że nic nie znajdę. Poszukiwania rozpoczęłam już przed skończeniem studiów. Niestety, nie mam zbyt wielkiego doświadczenia, więc nikt nie chciał mnie zatrudnić. Na bezpłatne staże nie chciałam się zgodzić. Nie chciałam się na nie zgodzić także podczas studiów. Ktoś kiedyś powiedział mi i moim znajomym, że bezpłatne staże są jak najbardziej w porządku i że pozwalają nam zdobyć doświadczenie i nie powinniśmy narzekać, tylko zacisnąć zęby i pracować. Otóż: nie. Taka praca za darmo nie jest w porządku. Praca za darmo może być w porządku, jeśli komuś pomagasz. Albo jeśli traktujesz to jak zwykły rozwój. Jeśli sprawia ci to frajdę. Jeśli masz z tego jakieś wspaniałe profity, w postaci – na przykład – wyjazdów, atrakcji. Ale praca za darmo, kiedy potrzebujesz pieniędzy, ponieważ bez nich nie jesteś w stanie kupić sobie jedzenia? Nie, to nie jest w porządku. Więc nie, dziękuję. Nie będę wydawać pieniędzy na dojazdy i jeździć półtorej godziny do pracy, żeby odwalić za was robotę, w zamian za „umowa o pracę po zakończeniu stażu dla najlepszych”.
            I tak, buntując się przeciwko czemuś, co ktoś inny uznałby za normalny stan rzeczy, pozostałam bez pracy. Kto wie, może pozostałam bez niej właśnie z powodu tego buntu. Tak czy inaczej, doprowadziło mnie to w końcu do uczucia przerażenia. Co rusz ktoś inny z moich znajomych chwalił mi się, że dostał pracę. A ja wysyłałam CV, chodziłam na rozmowy kwalifikacyjne i nic ponad to. Zaczęłam się podłamywać. Czułam się bezwartościowa, odczuwałam wstyd. Zaczęłam myśleć, że to coś okropnego, że nie jestem w stanie spojrzeć w oczy tym wszystkim, którzy pracę zdobyli. Naprawdę wstydziłam się tego, że nie mam prac i bałam się do tego przyznać. Aż pewnego dnia powiedziałam: „ej, Karolina, stój”. Nagle uderzyło mnie, to wcale nic złego. Dlaczego mam wstydzić się tego, że szukam pracy? Dlaczego mam się gnębić tym, że jeszcze jej nie znalazłam? To wcale nie jest takie proste. Ludzie z większym doświadczeniem mają problem (Chyba, że jesteś programistą, hehe – powiedziała głosem typowego Janusza).
            Dlatego wszem i wobec ogłaszam: Mam na imię Karolina, jestem po studiach i nie mam pacy. Szukam jej, odpowiadam na ogłoszenia i jak najlepiej przygotowuję się do rozmów kwalifikacyjnych. Niestety, jak dotąd nikt mną się nie zainteresował. I wiecie co? Trudno, dopiero zaczynam. Jeszcze wszystko przede mną.
            Jeśli ty też szukasz właśnie pracy i nie możesz jej znaleźć, jeśli ty też czujesz się źle, bo boisz się przyszłości, albo jeśli pracujesz w miejscu, którego nie znosisz, to mam dla ciebie radę: spójrz w lustro i powiedz do swojego odbicia: lubię cię, wspieram cię i na pewno w końcu nam się ułoży. A potem zrób wszystko, żebyś był szczęśliwy. Just let it go.
            Żyjcie, odkrywajcie, radujcie się. Wasza Karolina (i Hermes, patrzący przez ramię).

wtorek, 28 czerwca 2016

Boję się, wiesz?

„Ty czujesz ten strach. Czujesz jak działa na twoje zmysły, jak twoje ciało na niego reaguje. Ale jesteś odważna i jesteś w stanie to przełamać. Umiesz sobie radzić z konsekwencjami. Twój strach Cię nie hamuje, jest po prostu wyzwaniem.”

            Powyższe słowa usłyszałam kiedyś od jednej z najbliższych mi osób. W tamtym momencie nie miałam wątpliwości, że to, co powiedział ten ktoś, jest prawdą. Może brzmi to egoistycznie (w tym momencie zza roku wyskakuje Dawkins i krzyczy, że przecież wszyscy jesteśmy egoistami), ale zdawałam sobie wtedy sprawę, że trafił mi się wyjątkowy dar. Potrafiłam panować nad strachem na tyle, żeby nie dać się mu obezwładnić. Było to coś, co pomogło mi przetrwać te wszystkie lata. Nie mam co do tego wątpliwości. Dlaczego? Ponieważ boję się codziennie. Boję się rozmów telefonicznych, boję się, że śmieją się ze mnie w tramwaju, boję się odezwać na zajęciach, boję się, że coś mi się nie uda, boję się przyszłości, boję się zmian… Codziennie muszę radzić sobie z moimi lękami. Codziennie od nowa.
            Obecnie boję się ogromnie. Jakiś czas temu mój strach osiągnął taki poziom, że nie potrafiłam nad nim zapanować. Zaczęłam pozwalać mu sobą zawładnąć. Zaczęłam pozwalać na emocje, których nie chciałam. Stało się tak dlatego, że w moim życiu miało miejsce niezwykłe wydarzenie, którego nigdy wcześniej nie doświadczyłam. Zakochałam się ze wzajemnością. Pozwoliłam temu kogoś wejść do środka i tym samym stałam się wrażliwa. Wrażliwa na tę osobę, wrażliwa na otoczenie.
            To wszystko zaczęło się już jakiś czas temu. Zanim poznałam tego Kogoś, poznałam kogoś innego. Dziewczynę, którą z całą świadomością mogę nazwać mianem, którego już od dawna nie używam. Mogę ją nazwać swoją przyjaciółką. W tym momencie, kiedy to piszę, ogarnia mnie strach. Za każdym razem, kiedy tak kogoś nazywałam, ten ktoś odchodził z mojego życia. W końcu przestałam używać słowa „przyjaciel”. Jednak tym razem postanowiłam zaryzykować. Dlatego, że ta osoba otworzyła mnie na nowe. Dzięki niej mój strach przed rozmowami telefonicznymi zdecydowanie zmalał. Dzięki niej poczułam coś bardzo dziwnego: poczułam zainteresowanie kierowane w moim kierunku. I wcale nie pochodziło ono od mojej mamy. Poczułam się potrzebna, poczułam się mądra, zabawna. Czuję się tak dzięki tej osobie do dziś.
            A potem poznałam Jego. Przystojnego i porąbanego. Zabawnego i mądrego. I pokochał mnie. Pokochał mnie, jako pierwszy. To było szybkie, to było jednocześnie przerażające i ekscytujące. W mojej głowie kotłowały się tysiące myśli: a co, jeśli zrobię coś nie tak?  a co, jeśli on też mnie zostawi? a co, jeśli ja go nie pokocham? Stało się. Pokochałam go. Zaczęłam się otwierać i nagle… z mojej duszy wyleciało wszystko, co w niej siedziało. Wcale nie było to nic dobrego. Światło dziennie ujrzały demony, które przez długi czas trzymałam na łańcuchu. Spotkałam się z nimi twarzą w twarz. Spanikowałam, skuliłam się  i pozwoliłam sobą zawładnąć. Mieszały mi w głowie, ciągle podpowiadając, że powinnam się bać. Postanowiłam, że poradzę sobie sama. Przecież zawsze tak robiłam, prawda? Jednak tym razem było inaczej. Tym razem nic ich nie powstrzymywało przed dotknięciem mnie i mojego umysłu. Tym razem byłam tylko ja. Naga, bez żadnej warowni, nawet bez żadnej zbroi. Najgorsze było to, że On też się bał. I tak zostaliśmy tacy przerażeni, nie mogąc sobie poradzić. Pozwoliliśmy by zawładnęły nami emocje. A ja pozwoliłam sobie na opuszczenie tarczy.
            W końcu powiedziałam, że wystarczy. Nie wzniosłam jednak na nowo murów, nie kazałam mu też odejść. Po prostu stanęłam prosto. Kiedyś miałam taki sen, że idę naga przez całe miasto, w którym mieszka moja babcia. W jakimś internetowym senniku przeczytałam, że oznacza to, że jestem pewna siebie. Tak właśnie zaczęła wyglądać walka z moim strachem: ja naga, stojąca prosto, a naprzeciwko mnie potężny strach. Minusem takiej walki jest to, że wszystko przyjmujesz na klatę. Żadnej ochrony, żadnych zabezpieczeń. Wszystko w ciebie wsiąka, wszystko musisz przetrawić i ze wszystkim sobie poradzić. Ból jest ogromny, oszałamiający. Jeśli akurat kończysz studia, to zaczyna się robić jeszcze trudniej. Stres cię pożera. Ale walczysz. I ja walczę. Do dzisiaj.
            Piszę to wszystko po to, żebyście wiedzieli, że warto. Po prostu: warto. Jeśli właśnie w tym momencie myślałeś bądź myślałaś, że czas się poddać, to przemyśl to jeszcze raz.
            A na podsumowanie, najważniejsza rzecz: nie ma nic złego w byciu słabym, nie ma nic złego w odczuwaniu strachu, nie ma nic złego w okazywaniu strachu i nie ma nic złego w przyznawaniu się do strachu. Łzy nie są oznaką słabości, nie trzeba ich ukrywać. Strach nie jest powodem do wycofania się, nie musisz ukrywać się przed ludźmi. Nie ma nic złego w poproszeniu o pomoc. Obojętnie czy zwrócisz się do specjalisty, czy po prostu do kogoś bliskiego. Wręcz przeciwnie, potrzeba wielkiej siły i odwagi, żeby przyznać się do tego, że się boimy. Żeby stanąć nago przed swoimi demonami. Nie potrzebujesz zbroi, żeby je pokonać. Nie potrzebujesz wysokiego muru, żeby nie dopuścić do siebie złych rzeczy. Jesteś wystarczająco silny i silna, żeby je przetrwać z podniesionym czołem. Jeśli uważasz, że nie, to nie krępuj się, napisz do mnie, zadzwoń – podobno umiem dobrze przytulać.
            Żyjcie, odkrywajcie, radujcie się. Wasza Karolina (i Hermes, patrzący przez ramię).

piątek, 29 stycznia 2016

Chybił-trafił



Oh my God, look at that face. You look like my next mistake.
-Taylor Swift

            Chyba w życiu każdego z nas przychodzi taki moment, w którym musimy dopuścić do siebie bardzo ważną, jednak ogromnie trudną do zaakceptowania, myśl: osoba, w której się zakochaliśmy nie musi być osobą dla nas odpowiednią. Ja w takiej sytuacji zostałam postawiona przez życie czterokrotnie. Miłość przychodzi mi łatwo. Zakochuję się codziennie. W ludziach, w uśmiechach, w przyrodzie, w muzyce, w serialu, w aktorach, w przypadkowo spotkanych osobach w tramwaju… Nie zawsze jest to miłość wieczna, miłość silna. Jednak istnieje wiele rodzajów miłości, prawda?
            Jeśli chodzi o miłość, o miłość romantyczną, o miłość na całe życie – ona ogarnia mnie trochę dłużej, niż uczucia wspomniane wyżej. Ona potrzebuje czasu. Zwykle przychodzi niespodziewane, zwykle obdarzam ją kogoś, o kim wcześniej bym nie pomyślała. I wtedy cały mój świat wali się, ponieważ jakoś tam mam, że zakochuję się w nieodpowiednich ludziach. Ostatnim razem już myślałam, że w końcu trafiłam w dziesiątkę. Wyobrażałam sobie, że złapałam Pana Boga za nogi. Nie dość, że w końcu mam kota, to nagle, za następnym zakrętem, pojawiła się miłość mojego życia. Niespodziewanie, silnie, inaczej, niż przy poprzednich razach. Szalona, niezrozumiała, spełniona. To wszystko trwało bardzo krótko, a upadek był bolesny. Zaczęłam – jak to ja – analizować całą sytuację. Przecież byliśmy idealną parą, przecież tak dobrze się uzupełnialiśmy, przecież tak dobrze nam było ze sobą. Czego zabrakło? Być może odwagi, być może odpowiedniego momentu, albo to, po prostu, nie było T O.
            W tym momencie muszę się do czegoś przyznać. Powiedzenie komuś „to nie TO” jest tak… słabe (ok., użyję tego słowa, ponieważ nie potrafię znaleźć lepszego określenia). Dodajcie do tego jeszcze „zostańmy przyjaciółmi” a wpadniecie we wspaniały schemat. Jednak cóż, muszę przyznać, że czasami to naprawdę nie jest to słynne „to”. Coś nie pasuje, chociaż nie wiadomo co. Coś nie pozwala powiedzieć „kocham cię”, chociaż nie wiadomo co. Być może ja też, za jakiś czas, powiem komuś „to nie jest to” i w środku zapłaczę nad tym frazesem.
            Jednak, jak dotąd, za każdym razem mówiłam „to jest to, to jest to, dlaczego nie widzisz, że to jest to”. Nie, Karolina, to nie jest to. Nigdy tym nie było i nigdy nie będzie. Oni nie byli dla ciebie, ty nie byłaś dla nich. Ten nie wiedział czego chce, ta przestała się odzywać, ten zniknął bez słowa, a tamta wpędziła cię w największe kompleksy, jakie miałaś i sprawiła, że boisz się ludzi jeszcze bardziej, niż w przeszłości. Z czasem zobaczysz, że nie byli dla ciebie odpowiedni. Potem pokochasz kolejną osobę i znów pomyślisz, że, w porównaniu z tamtymi uczuciami, to jest czymś większym. To jest TO.
            Czytaliście „50 twarzy Greya”? Nie udawajcie, na pewno albo czytaliście, albo oglądaliście film, albo wiecie o tym wystarczająco wiele. Szara myszka zakochuje się w mężczyźnie idealnym. Idealnie beznadziejnym. Facet znęca się psychicznie i fizycznie nad zakochaną w nim kobietą, nie potrafi funkcjonować w społeczeństwie, jest samolubny i niebezpieczny. Ale, oczywiście, miłość Anastasii ma leczniczą moc i Mr. Grey zmienia się z potwora w idealnego, niczym jego szare garnitury.
            Nie. Po prostu: nie. Jeśli kogoś kochasz, to nic nie zmienia. Oczywiście, byłoby niezmiernie niesamowicie jeśli fakt, że darzysz kogoś miłością jest wystarczający. Jednak tak się nie dzieje. Potwór nie stanie się puchatym kotkiem tylko dlatego, że jesteś przy nim. Owszem, w twoich oczach będzie największą kulką ciepła, jaką znasz. I będziesz przymykać oko na wszystkie krzywdy, które ci wyrządzi. Jednak dopóki sam się nie zmieni, to ty tego nie zrobisz. Pewnie, możesz pomóc, ale czy warto? Miłość i drugi człowiek to bardzo ważne sprawy. Jednak najważniejsza jest miłość do samego siebie. Dbajcie o siebie, nie dajcie się wkręcić w nie swoją walkę. Nie wykrwawiajcie się dla kogoś innego, jeśli ten ktoś nie przyjąłby nawet lekkiego uderzenia, z myślą o was. Nie dajcie się zabić dla kogoś. Jeśli już, to zabijcie.
            Dzisiaj bardzo krótko. Sprawa jest bardzo prosta. Jeśli kogoś kochacie, to nie oznacza, że ta osoba jest dla was odpowiednia. Niekiedy dlatego, że nie odwzajemnia waszej miłości. Niekiedy dlatego, że was krzywdzi. Uświadomienie sobie, że zakochaliście się w kimś niewłaściwym i musicie odpuścić jest chyba najtrudniejszą rzeczą na świecie. Jednak nie bójcie się, znajdźcie w sobie siłę, nie obawiajcie się poprosić o pomoc, słuchajcie przyjaciół, analizujcie ich zastrzeżenia wobec waszych obiektów uczuć, postępujcie rozważnie (jak najbardziej się da), ale – przede wszystkim – nie obawiajcie się samotności. To, że znów zostaniecie z pustką w sercu nie znaczy, że tak będzie już zawsze. Poza tym, nie musicie wypełniać tej pustki drugą osobą. Wypełnijcie to radością, którą będziecie czerpać z czegoś innego. Wypełnijcie to miłością do samych siebie.
            Żyjcie, odkrywajcie, radujcie się. Wasza Karolina (i Hermes, patrzący przez ramię).

poniedziałek, 4 stycznia 2016

Postanawiam sobie... aaaa, zresztą!

-W tym roku będę szczęśliwa!
-Puk-puk
-Kto tam?
-Życie!
           
            Tylko raz zrobiłam noworoczne postanowienie. Miało to miejsce w sylwestrową noc 2014. Co zabawne, moje postanowienie spełniłam pod koniec 2015 roku. Wcześniej nigdy nic sobie nie obiecywałam. Oczywiście, robiłam sobie rachunek sumienia i myślałam o tym, że tym razem będę silniejsza, tym razem będę stawiała na swoim, tym razem zakocham się ze wzajemnością… Jednak zawsze miałam świadomość tego, że to wszystko i tak rozsypie się w drobny mak. Dlaczego? Bo nie miałam wystarczającej motywacji.
            Nowy rok to okazja do zmian. Myślimy, że taka okazja jest wystarczającym powodem, abyśmy spięli pośladki i, w końcu, zmienili jakiś element naszego życia. Cytując pewnego popularnego youtubera: „nic bardziej mylnego!”. Nie zmienimy naszego życia tylko dlatego, że tak sobie obiecaliśmy w oparach alkoholu i przy głośnej muzyce, albo budząc się w Nowy Rok i zastanawiając się czy większy jest nasz kac po spożyciu napojów wyskokowych, czy ten moralny. Oczywiście, zdarzają się takie jednostki, które są tak zdeterminowane, że wypełnią swoje noworoczne postanowienia i takim osobom należą się głośne brawa. Jednak warto zauważyć co te osoby cechuje, o czym przed chwilą napisałam. Determinacja.
            Być może jesteście do mnie w tym podobni i teraz myślicie, że determinacja wcale wam nie pomaga w rozpoczęciu działania. Mi ani trochę. Determinacja jest mi przydatna wtedy, kiedy już jestem w trakcie robienia czegoś i napotykam przeszkody. Żeby rozpocząć działania potrzebuję emocji. Robiąc rachunek sumienia na rok 2015, nie sposób pominąć wielu negatywnych emocji, które towarzyszyły mi przez ostatni rok. Ciepłe miesiące, minionego już, roku były jednymi z najgorszych w moim życiu. Przez bardzo długi czas nie radziłam sobie z życiem. Świat, który mnie otaczał, był dla mnie jednym wielkim torem przeszkód. Nie czułam radości, oszukiwałam siebie, bałam się podejmować decyzji, poznawanie ludzi przychodziło mi z problemem, wychodzenie z domu wiązało się z ogromnym stresem. Zaczęłam biegać, jeździć na rowerze i ćwiczyć. Poczułam się lepiej. Dbałam o swoje ciało i walczyłam ze swoją psychiką. Postanowiłam odnaleźć wartość w samej sobie. Od kogoś bardzo mądrego usłyszałam, że nie muszę być w związku, żeby być szczęśliwie zakochana. Poczułam, że tak jest naprawdę. Na nowo zakochiwałam się w przyrodzie, w jeździe samochodem, w wycieczkach i w ludziach, których znam. A, co najważniejsze, na nowo zakochałam się w sobie.
            Zapewne brzmi to bardzo egoistycznie, ale takim nie jest. Nie zrozumcie mnie źle, nie zawsze jestem w stanie powiedzieć, że lubię siebie. Często tak nie jest. Bardzo często. Są takie momenty, w których mam dość swojego postępowania, swoich uczuć, swoich emocji, swojego gadania, swojego milczenia, swojego płaczu i swojego głupkowatego uśmiechu. Są też takie momenty, w których uwielbiam swoją radość, swoje wzruszanie się na hymnie narodowym, swoją ambicję i swoją szczerość. Jednak, pomimo tych wahań w sympatii, zawsze siebie kochałam. Miałam do siebie szacunek, miałam dla siebie cierpliwość, miałam dla siebie troskę i wiele ciepła. Pewnego dnia przyszedł taki moment, w którym zatraciłam tę miłość. Wydaje mi się, że ów moment przybył do mnie w momencie, w którym zdałam sobie sprawę, że już nie kocham tej osoby, o której pisałam już we wcześniejszych notkach. Kiedy złość na moją byłą ukochaną minęła, zawładnęła mną pustka. Nie miałam już w sercu tego gorącego uczucia. Z tym płomieniem odszedł również ten ogień, który czułam do siebie. Poczułam się bezwartościowa i… cóż, tyle wystarczy. A w każdym razie, wystarczyło, abym upadła. Podnieść pomogło mi się to, co opisałam wyżej, a także pojawienie się w moim życiu Hermesa.
            Kot zmienia życie. Człowiek staje się weselszy, ma więcej powodu do uśmiechu, zawsze może przytulić się do puchatej kuleczki. Jednak niedawno, osoba bardzo mi bliska, powiedziała, że ludzie często zaopatrują się w zwierzątka po to, żeby odnaleźć szczęście i, zamiast radzić sobie z problemami, wypełniają pustkę sztuczną radością. Jestem pewna, że tacy ludzie istnieją. Jednak ja nie należę do tej grupy. Owszem, Hermes pomaga mi w trudnych momentach. Jeśli nie mogę sobie z czymś poradzić, a nie mam możliwości zwrócenia się do kogoś o pomoc, to kot zawsze mi pomoże. Jego ciche miauknięcie na mój widok, jego mruczenie i jego przytulanie się sprawiają, że od razu robi mi się lepiej.
            Do tego wszystkiego, całkiem niedawno, dodałam jeszcze jeden element. Znów wplątałam się w pewną relację. Tym razem poważniejszą, niż wszystkie pozostałe razem wzięte. Jednak, także w tym przypadku, pojawiły się zgrzyty. Zawsze są, prawda? Nad moją głową zawisła wielka niewiadoma i ogarnęło mnie uczucie strachu. Strachu przed nieznanym, strachu wywołanego przez niepewność. Właśnie wtedy ponownie skorzystałam z pomocy, z której korzystałam już wcześniej. Z pomocy, o której sile zapomniałam. Postanowiłam porozmawiać z Bogiem.
            Obojętnie czy wierzycie w Jego istnienie czy nie, na pewno o Nim słyszeliście. Nazywają go Jezusem. Często z nim rozmawiam. Nigdy nie lubiłam modlić się wyuczonymi słowami. Zawsze wolałam mówić swoimi słowami. Tak było bardziej… prawdziwie. On mi zawsze odpowiadał. Niektórzy żartują, że mam schizofrenię, ale ja nie słyszę głosów, nie widzę postaci. Czuję. Czuję to, co mówi, to, co mi radzi. A, co najważniejsze, czuję spokój, bezpieczeństwo i ukojenie. Najczęściej rozmawiam z Nim pod prysznicem, albo w kościele. Także w tych miejscach przychodzą mi do głowy najlepsze pomysły. Zawsze żartuję, że mam umysł sakralno-wodny.
            Z końcem roku zdałam sobie sprawę, że potrzebuję tylko jednego postanowienia i to nie tylko na nadchodzący rok, ale na resztę mojego życia. Postanawiam sobie, że będę o siebie dbać. Jeśli napotkam problem, nie będę bała się poprosić o pomoc. Jeśli poczuję się samotna, wybiorę się na przejażdżkę rowerem. Jeśli będę potrzebowała oczyścić umysł, pójdę na herbatkę i ciasteczka do Boga.
            Bardzo dużo piszę tutaj o świadomości własnego umysłu i własnego ciała. Dzieje się tak, ponieważ bardzo chciałabym, żebyście również o siebie dbali. Jeśli w tym mają wam pomóc postanowienia noworoczne, to zróbcie ich setki. Tylko pamiętajcie, postarajcie się je spełnić. A jeśli wam się nie uda, to nie zrażajcie się. Życie często samo pisze scenariusz i nie pozwala nam wprowadzać zmian. Czasem dlatego, że jeszcze nie przyszedł na nie czas, czasem dlatego, że za mało się staramy, czasem dlatego, że potrzebujemy jeszcze jednej lekcji, zanim osiągniemy sukces. Jednak obojętnie ile porażek popełnimy, a ile sukcesów osiągniemy, powinniśmy pamiętać o jednym: o tym, żeby nigdy z siebie nie rezygnować.
            Być może moja historia zainspiruje was do działania. Być może spojrzycie na swoje życie inaczej. Być może stwierdzicie, że wystarczy wam tylko jeden krok, żeby czuć się dobrze. To byłaby najszczęśliwsza wiadomość, jaką mogłabym usłyszeć: że jest wam lepiej. Obojętnie, czy dzięki banałom mojego umysłu, czy dzięki czemuś innemu.
                        Żyjcie, odkrywajcie, radujcie się. Wasza Karolina (i Hermes, patrzący przez ramię).